Czy rozmiar ma znaczenie? - opowieść z serwisu rowerowego

 Jeżeli ktoś nie interesuje się światem rowerowym, to zapewne przy zakupie nowego jednośladu będzie kierować się według dwóch reguł. Pierwszą z nich jest wszechstronność, wedle której najlepszym wyborem, w mniemaniu takiego klienta, jest rower górki. Grube opony na każdy rodzaj terenu, amortyzator, duża ilość przerzutek, i takie tam. Jest to też najbardziej popularny rodzaj jednośladu na Polskich drogach, więc nie ma się też co dziwić, że większość osób uprawiających ten sport bardzo amatorsko (mowa tu o ludziach jedzących wycieczkowo) wybierają górala.

Drugą i jednocześnie ważniejszą regułą, jest rozmiar. I oczywiście, dobór odpowiedniego rozmiaru jest ważny, jednak bardzo duża część klientów zupełnie nie wie, jak do tego podejść. Bardzo dużo osób myśli, że rower powinno dobierać się według rozmiaru kół, co nie jest prawdą. Aby wybrać dobry rower pod względem rozmiaru, zawsze, ale to zawsze, w pierwszej kolejności należy patrzeć na rozmiar ramy. I w trakcie rozmów z klientami wyjaśniam tę zasadę, co w większości przyjmowane jest z uśmiechem na twarzy, ponieważ często idzie za tym większy wybór w moim asortymencie. Czemu tak? Ano dlatego, że klient przychodzący z nastawieniem zakupu roweru z kołami o wielkości 26 cali, może zdecydować się również na taki jednoślad, który posiada je w rozmiarze 28 cali. Czy jest to dobre? Jak najbardziej. Myślę, że każdy z nas lubi mieć duży wybór w sklepie.

Nie chcę przechodzić tutaj do aspektów technicznych takiego rozwiązania, bo zajęłoby mi to dodatkowo z siedem akapitów, a już i tak za bardzo się rozpisałem. To co ważne, zostało już napisane. A teraz, nie przedłużając…….

……zapraszam i życzę miłego czytania.

Przez mój sklep przewija się naprawdę sporo osób, więc nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich napotykanych twarzy. Dlatego właśnie, gdy klient zaczyna rozmowę od ,,Pamięta mnie Pan? Kupowałem jakiś czas temu rower" tylko przytakuję i próbuję naprowadzić rozmowę na właściwe tory. I tak, nie muszę wszystkiego pamiętać, co kto u mnie kupował, bo od tego są dokumenty, faktury i paragony. Jeśli podczas użytkowania roweru wystąpiła usterka, to na podstawie dowodu zakupu jestem w stanie wyeliminować ją w ramach gwarancji, a w skrajnych sytuacjach odesłać do producenta jako produkt wadliwy, chociaż to drugie zdarza się niezwykle rzadko.

Jednym z klientów, którzy zakupili u mnie rower, był pewien pan w wieku około czterdziestu lat. Tak jak wcześniej wspominałem, nie pamiętałem wszystkich ludzi przewijających się przez sklep, ale na podstawie przyniesionej przez niego faktury dowiedziałem się, że zakupił u mnie rower około pół roku temu. Powiedział on, że kupił ten rower poza sezonem rowerowym jako prezent dla swojego chrześniaka na komunię, jednak okazał się on za duży i przyszedł go wymienić na nowy.

W pierwszym odruchu zamrugałem szybko kilkanaście razy, a potem spojrzałem jeszcze raz na fakturę. I tak, rower został kupiony pół roku temu, więc zgodnie z moim regulaminem zwrotów nie było możliwości, abym mógł go przyjąć z powrotem. Ale dobra, to jeszcze jakoś dałoby się obejść. Naprawdę, chociaż może niektórzy w to nie uwierzą, jestem też człowiekiem, potrafię zrozumieć sytuację innych i pójść im na rękę. I tutaj również chciałem to zrobić, ale po oględzinach roweru z przykrością musiałem powiadomić klienta, że zwrot jest niemożliwy.

Powód tego był bardzo prosty. Rower był używany. I pół biedy z zabrudzonymi oponami. To jeszcze nie jest aż tak straszne. Problem pojawił się w chwili, kiedy zobaczyłem zarysowany lakier a także wygięty hak przerzutki. Innymi słowy, ktoś tym rowerem jeździł i doszło do upadku albo został uszkodzony w transporcie.

Klient nie był zaskoczony moim odkryciem. Stwierdził on, że rysy są ledwo widoczne, a tak poza tym to on właśnie taki ten rower kupił, bo chciał coś tańszego i wedle jego słów sprzedałem mu go po niższej cenie.

Tak jak wspominałem, nie pamiętam wszystkich sprzedanych rowerów. Ale jest na to prosty i skuteczny sposób, o którym powie wam każdy księgowy. Sposób ten nazywa się ,,cierpliwy papier". Serio, nie zmyśliłem tego

Spojrzałem jeszcze raz na fakturę i powiedziałem klientowi, że nie ma żadnej adnotacji o uszkodzeniu, a takie zawsze wpisuję w zakładce ,,notatki" podczas wystawiania dokumentu.

Tak, coś takiego w moim programie do faktur istnieje i to jest bardzo fajna opcja.

Klient jednak i na to miał wyjaśnienie. Stwierdził on, że sam osobiście poprosił mnie o niewpisywanie tej usterki do faktury, ponieważ rower brany był na firmę i w razie kontroli skarbowej taka adnotacja mogłaby bardzo źle wyglądać. Zamyśliłem się przez chwilę, próbując sobie to wszystko ułożyć.

W życiu nigdy nie zgodziłbym się na coś takiego, ponieważ byłby to jawny strzał nie tyle w stopę czy kolano, tylko od razu w głowę. Jeżeli nie pojawiłaby się adnotacja o uszkodzeniu, klient mógłby przyjść do mnie po tym, jak rower mu się znudził, i zażądać zwrotu na podstawie gwarancji. Rys na ramie gwarancja nie obejmuje, ale krzywy hak przerzutki to już coś innego i tu można się wykłócać.

Ponieważ już w tamtym momencie wyczułem próbę oszustwa, powiedziałem klientowi że nie przyjmę zwrotu roweru z powodu złego stanu technicznego oraz przekroczenia regulaminowego czasu na odstąpienie od umowy kupna/sprzedaży. Jak na prawdziwego typowego polskiego właściciela firmy przystało (przedsiębiorca nie przejdzie mi tu przez klawiaturę) mężczyzna rozpoczął negocjację ze mną. Chociaż właściwe będzie tutaj stwierdzenie, próbę zastraszenia mnie. Najpierw rozłożył moją odmowę na czynniki pierwsze i stwierdził, że uszkodzenia były już wcześniej, więc ten argument jest nieważny, a zwrot mam w obowiązku przyjąć nawet gdyby od zakupu minęły dwa lata, ponieważ istnieje coś takiego jak rękojmia, której odmówić nie mogę. Jakby na ukoronowanie swojego domniemanego zwycięstwa klient położył mi na blacie wypełnioną umowę rękojmi, na której miałem tylko się podpisać.

O zwrocie produktu z tytułu rękojmi nie będę się wypowiadał. Jeśli ktoś zna całą definicję i potrafi ją w prosty sposób wytłumaczyć, to może to zrobić w komentarzu. Mile widziane takie wyjaśnienie. Nadmienię tylko jedno. Firma sprzedająca nie ma obowiązku przyjmowania takiego zwrotu, zwłaszcza w przypadku używanego produktu. I żadne kłótnie ani groźby tego nie zmienią.

Klient jednak uważał, że może coś na tym ugrać i nie zamierzał łatwo odpuścić. Najpierw przeczytał mi znaleziony w internecie zapis odnośnie tego, czym jest rękojmia a potem, jakby zapominając co mówił wcześniej, powiedział że rysy i krzywy hak jest niezgodny z tym, co kupił, więc na tej podstawie mam OBOWIĄZEK przyjąć zwrot. Powiedziałem krótko, że produkt jest niezgodny z tym, co sprzedałem, bo rower wyjechał ode mnie bez rys i z prostym hakiem, a gdyby było inaczej, na fakturze znajdowałaby się o tym notka. Po moich słowach klient przeczytał mi zapis z kodeksu cywilnego raz jeszcze, a potem jeszcze raz, jakby licząc chyba na to, że się wystraszę prawniczego języka. Gdy nie osiągnął zamierzonego rezultatu, przeszedł do ataku ostatecznego i powiedział, że jeżeli się nie zgodzę, sprawa trafi do sądu, a tam czekają mnie poważniejsze konsekwencje. Według niego, popełniłem masę wykroczeń, za które sąd mnie ukarze i nałoży takie kary grzywny, że się nie pozbieram. Dodatkowo, jakby dla podkręcenia dramaturgii, mężczyzna powoływał się na znajomości w biurze ochrony praw konsumenta i poinformował mnie, że może zamknąć tą moją małą firemkę jednym telefonem.

Normalnie brakowało jeszcze układów z policją i prokuraturą. Pozdrawiam fanów Midasa.

Licząc że się wystraszę jego słów klient wskazał miejsce na dokumencie, w którym miałem złożyć swój podpis, a potem oddać pieniądze. Zdziwił się niesamowicie, gdy ponownie odmówiłem. Gdy zapytał, dlaczego odmawiam zwrotu, odpowiedziałem, że rower jest używany i przyjęcie go z powrotem do mojego sklepu byłoby niezgodne z moim regulaminem. Po tym ponownie pojawiły się groźby prawne, ale już o nich pisałem, więc nie ma sensu ich powtarzać. Na zakończenie rozmowy klient poprosił mnie o powód odmowy zwrotu na piśmie, jednak tego również nie zamierzałem zrobić. Mężczyzna znowu upierał się, że mam obowiązek spełnić jego żądanie, jednak grzecznie uświadomiłem go, że nie ma wymogu podawania na piśmie przyczyny odmowy zwrotu. Klient, nie chcąc się poddać, znowu znalazł jakiś paragraf w internecie i zaczął mi go czytać. Ten na jego nieszczęście znałem doskonale i nim klient skończył go cytować, powiedziałem podniesionym głosem, że ten przepis dotyczy REKLAMACJI, a nie zwrotów. Gdy umilkłem, mężczyzna nakazał mi być milszy dla innych ludzi, po czym zabrał swój rower i opuścił moją firmę, rzucając na odchodne krótkie ,,spotkamy się w sądzie".

W sądzie nie spotkałem się z nim ani razu, bo żaden pozew nie przyszedł. No ale w sklepie już się spotkaliśmy. Klient ponownie przyniósł rower i żądał zwrotu pieniędzy, jednak tym razem stan jednośladu był jeszcze gorszy. Przerzutka wkręciła się w tylne koło, przez co wyrwała się z haka i teraz zwisała luźno na łańcuchu i lince. Gdy tylko zobaczyłem ten rower stwierdziłem, że nie ma mowy abym przyjął go jako zwrot, o czym, oczywiście bardziej uprzejmie, poinformowałem jego właściciela. Usłyszałem, że ta awaria to moja wina, ponieważ źle dobrałem rozmiar roweru do jego użytkownika. Gdy zapytałem, co klient ma na myśli, odpowiedział mi, że rower miał być dla jego chrześniaka, co już wiedziałem, i źle oceniłem jego wzrost względem wysokości roweru, przez co młody nie był wstanie na nim jeździć i cały czas upadał, aż w końcu doszło do tej awarii. Na zakończenie swojej opowieści mężczyzna dodał, że jeśli teraz nie przyjmę roweru z powrotem, zostanę dodatkowo obarczony kosztami transportu jednośladu do mojego serwisu i będę musiał zapłacić za leczenie dziecka.

Normalnie jakby nasza służba zdrowia działała jak w USA, gdzie płaci się dosłownie za wszystko. Poza tym, teoretycznie płacę co miesiąc ze składek za leczenie wszystkich pacjentów w Polce. Ale dobra, w systemy podatkowe nie chcę wchodzić, bo na bank już się rypnąłem.

W każdym razie klient ponownie zażądał zwrotu, a ja znowu mu odmówiłem, tłumacząc kolejny raz powód. Do poprzednich gróźb dołączyły teraz kazania na temat kosztów paliwa, utrzymania samochodu, transportu dziecka do lekarza, kosztów leczenia i konieczność zakupu nowego roweru.

W pewnym momencie, gdy klient zaczął mówić o źle dobranym rowerze, odpaliła się siedząca przy swoim stanowisku, moja przyjaciółka Monika. I to co ona powiedziała sprawiło, że momentalnie wróciły mi wspomnienia z tamtego dnia.

Historia przedstawiała się następująco. Klient chciał kupić rower i rozmawiał w tej sprawie ze mną. Mimo, że doradzałem zakup mniejszego, mężczyzna uparł się na większy o dwa rozmiary, argumentując to tym, że on taki rower miał i się nauczył, a tak poza tym to młody zaraz urośnie i starczy mu na dłużej. Odradzałem i doradzałem ten mniejszy, jednak decyzja ostateczna zawsze należy do klienta. I ja tego nie zapamiętałem, ponieważ takich klientów jest u mnie masa, jednak Monika przeprowadziła transakcję, podczas której klient nie miał przy sobie odpowiedniej ilości gotówki w złotówkach i próbował część zapłacić w euro. Monika nie zgodziła się na taki układ, ku zdumieniu klienta, który stwierdził, że moja przyjaciółka ma niski iloraz inteligencji, ponieważ chciał dopłacić sto euro, a to w połączeniu z banknotami w złotówkach dawało większą kwotę niż za rower i według niego śmignęła nam koło nosa dobra okazja na dodatkowy zarobek.

Myślę, że słowa są zbędne dla takiego układu. Ale jeśli ktoś jest zainteresowany, to ,,dodatkowy zarobek" wyniósłby może ze dwanaście złotych, a tak kasa wpłynęła od razu na moje konto, bo finalnie klient zapłacił brakującą kwotę kartą.

Tak czy inaczej, przypomniałem sobie momentalnie rozmowę z tym człowiekiem i przypomniałem mu, że sam wybrał ten rower pomimo moich rad, aby tego nie robić. Klient momentalnie zaczerwienił się ze złości i stwierdził, że sobie z Moniką taką wersje zdarzeń wymyśliliśmy, nigdy coś takiego nie miało miejsca, to są zwykłe pomówienia i takie tam bezsensowne argumenty w stylu ,,to ja mam rację, bo tak, a wy nie, bo nie". Gdy kończył swoje wywody powiedziałem, że nie będę przyjmował zwrotu uszkodzonego sprzętu. Klient więc przyjął inną taktykę i stwierdził, że może pójść na kompromis i zgodzić się na naprawę, za którą on zapłaci, ale po zakończonej pracy ja miałem się zgodzić na zwrot.

Po zaproponowanej przez niego ofercie naprawdę zacząłem się zastanawiać, jak funkcjonuje firma prowadzona przez takiego szefa.

No ale jeśli facet chciał negocjować, to zaczęliśmy negocjować.

Oczywiście się nie zgodziłem na zaproponowaną ofertę, więc wystawiłem swoją, w której zaproponowałem zamiast zwrotu, odkupienie roweru jako używanego. Klient z zaciśniętymi ustami, kręcąc głową i machając rękoma próbował chyba powiedzieć pięć myśli naraz, ale finalnie usłyszałem od niego jedynie ,,a za ile". Podałem cenę, on podał swoją, potem ja swoją i finalnie stanęło na tym, że rower został przeze mnie odkupiony jako używany i uszkodzony, o czym, to już chyba wspominam trzeci czy czwarty raz, napisałem w dokumencie, który wręczyłem swojemu rozmówcy. Klient odebrał pieniądze za ten rower i zapowiedział, wychodząc z mojej firmy, że już nigdy więcej nie zrobi u mnie zakupów i życzył mi jak najdłuższego ,,bujania się" ze sprzedażą ,,tego grata".

No więc, te uszkodzenia udało mi się naprawić i nie były to jakieś ogromne pieniądze. Zerwany hak przerzutki wygląda strasznie, ale naprawa nie jest okropnie długa ani kosztowna. Tylne koło nie ucierpiało za bardzo, co nieco mnie zaskoczyło i wymagało jedynie centrowania. Tak więc rower został naprawiony, a zainteresowany nim człowiek przyszedł jakieś dwa tygodnie później. Obwieścił on, że szuka roweru dla siebie, bo chciałby spalić nieco tkanki tłuszczowej i zamierzał dojeżdżać do pracy rowerem. Ucieszył się, gdy zobaczył rower w kilka stówek tańszy w tylko odrobinę gorszym stanie. Aby zakryć rysy, klient dokupił również kilka naklejek rowerowych, w tym jedną spersonalizowaną z własnym napisem.

Tak, mam drukarkę do takich naklejek i przyznam się szczerze, jest ona zajebista. Monika wykleiła sobie takimi naklejkami pół samochodu, co naprawdę przyciąga uwagę na mieście. Dużo klientów kupuje je, głównie na rowery dla swoich dzieci, jako drobną dekorację.

Jeśli ciekawi was, co klient nakleił na rower, to był to obrazek przedstawiający koło rowerowe z napisem ,,SZPRYCHER". Nie wiem, czy to ksywka w pracy, czy naprędce wymyślone imię dla rowery, ale brzmi całkiem fajnie.

Mam nadzieję, że historia się podobała. Na zakończenie wspomnę, że kolejna z moich historii pojawi się w czwartek, zaraz po wszystkich świętych.

I na bank interesuje was temat nowej flary dla moich treści. Na waszą prośbę napisałem do Moderatorów z prośbą o stworzenie nowej flary dla moich treści o nazwie ,,Rowerant". Niedługo powinna się ona pojawić.

Jeśli historia się podobała, zostaw po sobie komentarz i strzałeczkę w górę.

Cześć!!!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Elektryka prąd nie tyka

Ludzie, którzy są kulą u nogi

Bycie mądrzejszym od każdego nie popłaca