Czy u was też tylu ludzi prosi o pieniądze? - opowieść od majstra rowerowego

Zadam po raz drugi pytanie widoczne w tytule. Czy u was też tylu ludzi prosi o pieniądze? I słowem wyjaśnienia, nie chodzi mi tutaj o tych pijaczków stojących lub leżących na ulicy z plastikowym kubeczkiem i kartonem, na którym widnieje napis ,,zbieram na jedzenie". Widok kogoś takiego to nieodzowny element każdego większego miasta, ale to tylko moje subiektywne odczucie, mogę się mylić. Ostatnio, chociaż w sumie zaczęło się to dobre kilka lat temu, żebranie o pieniądze wyewoluowało w coś zupełnie innego. Mianowicie, żebracy, którzy często są ludźmi bardzo młodymi, zaczęli krążyć po galeriach, stacjach benzynowych, parkingach większych sklepów, kościołach oraz centrach miast i najpierw opowiadają jakąś ckliwą historię, a potem proszą o drobne.

I czemu jest to dziwne? Bo zazwyczaj nie są to ludzie wyglądający na bezdomnych. Nie cuchną alkoholem, często chodzą w czystych ubraniach i potrafią sformułować spójne i logiczne zdanie. Takie osoby często podchodzą i mówią, że zdarzyło im się to i tamto, teraz są w takiej sytuacji i czy można jakoś pomóc.

Nie zrozumcie źle tego, co teraz napiszę, ale sam osobiście mam bardzo duże obiekcje co do chęci pomagania takim osobom. Jeżeli widzę kogoś, kto jest zdrowy, w pełni sił i do tego młodszy ode mnie, to zawsze w głowie pojawia mi się jedna myśl - dlaczego ten człowiek nie pójdzie do pracy? I nikt mi nie wmówi, że obecnie nie da się nigdzie pracy znaleźć. Nie mam tu oczywiście na myśli stanowiska grafika komputerowego albo specjalisty IT. Ale w moim mieście jest od groma ofert pracy na stanowiska, takie jak magazynier, sprzedawca, kurier czy dostawca, o pracach sezonowych nie wspomnę.

Wracając do głównego tematu. Skąd wziął się ten fenomen, w którym młodzi ludzie, niezależnie od płci, wolą żebrać na ulicy niż uczciwie zarobić pieniądze? Chodzi tu o brak odwagi do rozmawiania z ludźmi czy wstyd przed byciem nisko zatrudnionym? Naprawdę, niech mi to ktoś wytłumaczy, bo ja nie ogarniam.

Jeśli ktoś jest zainteresowany, jak ci ludzie działają i jakie historie potrafią opowiedzieć, oto kilka przykładów kontaktów z przedstawicielami tej specyficznej grupy społecznej.

A zaczniemy od wizyty kogoś takiego w moim serwisie rowerowym. Kobieta, w wieku około dwudziestu dwóch lat najpierw podeszła do mnie niepewnym krokiem i z uśmiechem na ustach zapytała mnie, czy może ze mną chwilę porozmawiać. Ja odpowiedziałem, że jak najbardziej. No i się zaczęło. Najpierw kobieta opowiedziała mi historię, jak to uciekła od swojego męża ze wsi oddalonej o jakieś pięćdziesiąt kilometrów, który dzień przed tym wydarzeniem ją pobił za to, że zaszła z nim w ciąże, a on nie zamierzał marnować najlepszych lat życia na wychowywanie dziecka. Potem, jakby na dowód swoich słów, pokazała lekko zaokrąglony kształt pod bluzą. Na koniec zapytała, czy nie dalibyśmy rady poratować ją chociaż kilkoma złotymi, bo chciałaby tę noc spędzić w jakimś motelu zamiast spać w pustostanie.

No sami przyznajcie, wzruszająca historia.

Przyznam się szczerze, że mnie chwyciło za serce i chciałem jej jakoś pomóc, ale wtedy do akcji weszła Monika i zadała jedno pytanie, które mnie nie przyszło do głowy. Podeszła do tej kobiety i zapytała, czemu nie pójdzie do noclegowni dla bezdomnych. W sumie było to dość logiczne pytanie, na które kobieta odpowiedziała, że była tam, ale wszystkie łóżka są zajęte i nie ma dla niej miejsca.

I w tym momencie coś zaczynało mi nie pasować. Kobieta w ciąży wyrzucona na ulice, a w noclegowni nikt nie chciał jej pomóc? Nie mieściło mi się to w głowie.

Powiedziałem więc, że powinna zgłosić się do pomocy społecznej, skoro znalazła się w takiej sytuacji. Na to również miała przygotowaną opowiastkę, w której twierdziła, że tam też się zgłosiła, ale nie mogli jej w żaden sposób pomóc, bo oficjalnie miała miejsce zamieszkania.

Ponownie, nie mieściło mi się to w głowie. Zero jakiejkolwiek pomocy dla kobiety w ciąży? Wiedziałem, że nasz kraj nie jest idealny, ale jakoś nie potrafiłem wierzyć w to, że bezdomnej kobiecie z dzieckiem nikt nie chciał udzielić schronienia.

Monice też coś nie pasowało w tej historii. Wskazała na brzuch kobiety i zapytała, który to miesiąc. Usłyszeliśmy odpowiedź, że trzeci.

Nie wiedziałem, do czego potrzebna jej ta informacja, ale chwilę później już się dowiedziałem.

Moja przyjaciółka złapała za krawędź bluzy tej kobiety i pociągnęła do siebie, przez co spod ubrania wypadła mała poduszka.

Tak, kobieta udawała, że jest w ciąży, żeby wyżebrać pieniądze.

Zapytałem, nie siląc się na spokojny ton ,,Czy Pani jest poważna? Co Pani wyprawia"? Niestety, nie było mi dane usłyszeć odpowiedzi. Kobieta odwróciła, przeklęła coś pod nosem i z hukiem otworzyła drzwi, po czym wypadła na ulicę.

Kolejne spotkanie z kimś podobnym miałem podczas wizyty na stacji benzynowej. Podszedł do mnie młody chłopaczek, na oko dwadzieścia lat z prośbą o poratowanie paroma drobniakami, bo tego dnia z więzienia wyszedł i zbiera teraz na nocleg i jedzenie, bo nie chciał wracać do patologicznego domu rodzinnego, gdzie ojciec go bił a matka przypalała papierosami. Powiedziałem, że nie mam przy sobie gotówki i nie mam go jak poratować pieniędzmi, na co on odpowiedział, że mogę wypłacić dyszkę przy kasie na stacji benzynowej i mu ją dać.

No tak, przygotowany na każdą ewentualność

Odparłem, że spróbuję mu jakoś pomóc. Naprawdę chciałem mu pomóc. Nie zamierzałem dawać pieniędzy, ale chciałem kupić mu coś do jedzenia.

Gdy wszedłem na stację, poza paliwem, zapłaciłem również za cztery kanapki, które zamierzałem dać tamtemu chłopakowi. Nim jednak to zrobiłem, zapytałem pracownika stacji, jak długo ten chłopak się tu kręci. Odpowiedź niemal ścięła mnie z nóg. Gość za ladą odpowiedział, że ten chłopaczek żebra tu już od kilku dni. A mnie powiedział, że dzisiaj wyszedł z więzienia.

I w jednej sekundzie całe moje współczucie prysnęło. No ale cóż, poza pieniędzmi poprosił mnie też o jedzenie, więc wychodząc ze stacji dałem mu zakupione wcześniej kanapki. Podziękował za nie, ale zrobił to tak niechętnie, że zastanawiałem się nad tym, czy naprawdę mu na nich zależało. Moje wątpliwości rozwiały się, gdy następnego dnia ponownie przyszedłem na tę samą stacje (kupuję na niej często kawę dla siebie i Moniki) i zapytałem o tamtego chłopaczka. Miałem szczęście, że za ladą stał ten sam pracownik, co dzień wcześniej. Powiedział on, że chłopaczek najpierw przyszedł na stację, aby zwrócić te kanapki, a gdy mu się nie udało, odwrócił się, rzucił jedzenie na podłogę i wyszedł.

Kolejne zdarzenie miało miejsce, gdy siedziałem w galerii handlowej, zajadając się kawałkami kurczaka z KFC. Podszedł do mnie chłopak w wieku około dwudziestu pięciu lat. Widziałem wcześniej, jak krąży od stolika do stolika prosząc o coś do jedzenia. Zazwyczaj ludzie dawali mu głównie frytki, kawałki kukurydzy, sałatka albo skrzydełko kurczaka. I ja nie byłem wyjątkiem. Facet prosił tylko o jedzenie, więc dałem mu moje frytki. Gdy tylko go nimi obdarowałem, zapytał się jeszcze, czy nie mam może jakiś drobnych, aby mógł coś sam sobie kupić i nie musieć żebrać. Odpowiedziałem, że pieniądze mam tylko na karcie, na co on odwrócił się i poszedł.

Już w tym momencie poczułem, że nie chodziło tu wcale o jedzenie, więc poszedłem za nim. Sądziłem, a wręcz wiedziałem, że temu facetowi chodzi o pieniądze, ale nie mogłem zrozumieć, jak zamierza je zdobyć prosząc o jedzenie. Pomyślałem, że może sprzedaje to, co dostał od ludzi, ale to byłoby absurdalne. Kto kupiłby frytki od nieznajomego typa z galerii?

Gdy tylko odeszliśmy kilkadziesiąt metrów dalej, facet który jeszcze parę sekund temu prosił o jedzenie, bezceremonialnie wrzucił otrzymane ode mnie frytki do śmieci. A więc chodziło mu tylko o wysępienie pieniędzy, ale próbował to zamaskować prośbą o jedzenie. Niby proste, a jednak musiałem to zobaczyć na własne oczy. Gdy facet zobaczył, że za nim stoję, momentalnie zrobił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i zaczął niemalże uciekać przede mną.

To wszystkie historie? A gdzie tam.

Następnego gagatka spotkałem, gdy wraz z moją wybranką serca wybraliśmy się na zakupy do galerii handlowej. Jeden gość podszedł do nas z zapytaniem, czy poratowalibyśmy go jakąś drobną sumą. Jego historia życiowa była chyba najbardziej oryginalna ze wszystkich. Mówił on, że przyjechał do mojego miasta pociągiem do pracy, ale zapomniał kupić biletu powrotnego i teraz nie ma jak wrócić. Zaproponowałem więc, że sam kupię mu ten bile, bo w końcu nie jest to aż tak nieprawdopodobne zdarzenie. No i gdy tylko to zrobiłem, gagatek zaczął się wykręcać mówiąc, że nie chce mnie narażać na stratę tak dużej kwoty pieniędzy i on woli pozbierać drobne nieznaczące drobniaki od ludzi w galerii, żeby nikt nie odczuł tak dużej traty. Na to odparłem krótko ,,wszystkie pieniądze mam na karcie, więc nie mam ci jak pomóc", po czym wraz z moją ukochaną odeszliśmy.

Gdy tylko się odwróciliśmy, usłyszałem jak gagatek woła w naszą stronę ,,ta, a na nowe butki dla swojej dupki to masz"! Nim zdążyłem wytłumaczyć mu, że nikt nie ma prawa obrażać mojej kobiety, facet już uciekał z galerii. Nie tyle z mojego powodu, co przez idącego w jego stronę ochroniarza.

Kolejna osoba, tym razem ponownie kobieta, zbierała datki pod jednym z kościołów w moim mieście. Zwyczajnie podchodziła do ludzi wychodzących z budynku i prosiła o pieniądze. Jaką ona przedstawiała historie życiową? Uciekła z domu od męża tyrana i teraz mieszka na ulicy razem ze swoim psem. I od razu zaspokoję waszą ciekawość, tak, miała ze sobą psa, co mogło dodawać jej wiarygodności. A skąd wiem, że jej problemy życiowe są wyssane z palca? Ponieważ to była ta sama kobieta, która kilka akapitów wcześniej zawitała do mojego serwisu twierdząc, że jest w ciąży.

Czując wewnętrzną potrzebę reakcji na takie zachowanie podszedłem do niej. Ta myśląc najwyraźniej, że chciałem dać jej jakieś pieniądze zaczęła opowiadać mi swoją historię, jak to mąż ją bił, przewalał wszystkie pieniądze na alkohol, zdradzał i wyzywał. Mówiła, jak to musiała uciekać z domu i teraz została bez dachu nad głową, przez co zmuszona była do proszenia ludzi o pieniądze dla siebie i zwierzaka.

Najwyraźniej mnie nie rozpoznała, więc zapytałem wprost - ,,Skąd masz tego psa? Z ciążą się nie udało to teraz jego wykorzystujesz"?

Moje słowa podziałały momentalnie. Kobieta najpierw splunęła mi pod nogi, potem odwróciła się i odeszła.

Jedziemy dalej. Serio nie kłamałem, że tego jest sporo.

Kolejną osobą proszącą o pieniądze był szanowny jegomość spotkany podczas podróży pociągiem. Siedziałem sobie spokojnie na swoim miejscu i grałem na tablecie, aż tu nagle podchodzi do mnie facet na oko może rok starszy niż ja i mówi mi, że podróżuje na gapę, bo musi dostać się do jakiegoś miasta. No więc odpowiedziałem, że bilet można kupić również u kontrolera, no ale okazało się, że jegomość nie posiada przy sobie odpowiedniej sumy pieniężnej, aby opłacić bilet i prosił mnie o parę złotych, aby nie został wyrzucony z pociągu.

Ponownie, jak w przypadku pozostałych historii, średnio chciało mi się w to wierzyć, no ale jest to całkiem prawdopodobne. Jeśli gość jechał do rodziny albo do pracy, ale był w kryzysie, to czemu miałbym mu nie pomóc. Zaproponowałem więc, że jak tylko kontroler się pojawi, kupię u niego bilet. Jegomość nie zdążył zaprotestować, ponieważ dokładnie w tym momencie do naszego przedziału wszedł kontroler. Pokazałem swój bilet pracownikowi kolei i powiedziałem, że chciałbym kupić jeszcze jeden dla tego jegomościa. Kontroler zrobił minę w tylu ,,WTF" i powiedział, że przecież chwilę temu jegomość pokazał mu bilet miesięczny.

No tego już było za wiele.

Wstałem ze swojego miejsca i wydarłem się na tego faceta pytając, po jakie licho żebra o bilet, skoro ma miesięczny. Nim on zdążył coś odpowiedzieć, kontroler biletów powiedział, że żebranie jest w pociągach zabronione i jeżeli jeszcze raz dojdzie do takiej sytuacji, jegomość zostanie wyproszony z pociągu na kolejnej stacji.

Sprawca całego zamieszania nic nie odpowiedział, tylko speszył się, odwrócił i poszedł do innego przedziału.

Historia spotkania z nim kończy się w nieco dziwnych okolicznościach, ponieważ kilka stacji dalej pociąg musiał zatrzymać się na dłużej. Dlaczego? Ano dlatego, że doszło do drobnej sprzeczki pomiędzy kontrolerem biletów a szanownym jegomościem, który dalej próbował wyżebrać pieniądze od pasażerów. Policja nie dała rady przekonać faceta do dobrowolnego opuszczenia pociągu, w dodatku gość rzucał się i mówił, że on ma prawo tu być bo ma bilet, więc funkcjonariusze byli zmuszeni zastosować środki przymusu bezpośredniego.

Gdy jegomość opuścił pociąg w towarzystwie przedstawicieli prawa, dalsza podróż minęła bez większych przeszkód.

Naprawdę, jest tego dużo więcej, ale nie chcę opisywać wszystkich przypadków z jednego, prostego powodu. Aby opisać wszystkie te spotkania, musiałbym napisać średniej wielkości książkę. Być może, kto wie, powstanie kiedyś część druga. Ale póki co to wszystko, co chciałem wam opowiedzieć.

Po tych wszystkich feralnych spotkaniach naprawdę przestałem komukolwiek wierzyć w jakąkolwiek ckliwą i wyciskającą łzy historię. Od jakiegoś czasu, gdy tylko ktoś do mnie podchodzi i mówi, że uciekł z domu, żona go wyrzuciła, wyszedł dopiero co z więzienia, zbiera na jedzenie albo opowiada inne tego typu historie, momentalnie odpala mi się tryb ucieczki. Ale ponieważ ci ludzie do perfekcji opanowali sztukę zawracania dupy przechodniom, wypracowałem w sobie mechanizmy obronne.

Na początku udawałem głuchoniemego, ale niektórzy z tych ludzi próbowali mi na migi pokazać, o co im chodzi, a jedna kobieta nawet wyciągnęła z kieszeni paragon i zaczęła gryzmolić na nim brudnym palcem to, co chciała mi powiedzieć.

Jeśli wam się zrobiło niedobrze, to spokojnie, bo mnie w tamtej chwili też.

Gdy opcja bycia głuchym nie skutkowała, zacząłem udawać obcokrajowca. Najpierw zacząłem mówić po niemiecku, ale część przedstawicieli tej grupy znała pojedyncze słówka z tego języka, więc przerzuciłem się na czeski. I to był strzał w dziesiątkę. Czemu? Spróbujcie przeczytać albo powiedzieć coś po czesku i nie uśmiechnąć się ani razu. Gdy tylko zacząłem mówić w języku miłośników knedli, mój rozmówca uważał mnie albo za chorego psychicznie albo pijanego.

Nie chcę obrażać Czechów, bo uważam ich naprawdę za spoko naród, ale w wersji Polskiej ich język jest naprawdę śmieszny.

I to działa po dziś dzień. Powiedzenie po czesku ,,Przepraszam, ja nie mówię w twoim języku. Czy mógłbyś mówić jakoś inaczej?" po prostu działa.

Mam nadzieję, że historia się podobała.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Elektryka prąd nie tyka

Ludzie, którzy są kulą u nogi

Bycie mądrzejszym od każdego nie popłaca